Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Nie lubisz języka mojej kurbadź, sihdi, ale tym razem możesz przeciw niej mówić i robić co chcesz, — dotrzymam swego słowa!
— Bądź spokojny, drogi Halefie! Dzisiaj zgadzam się z tobą najzupełniej. Gdy słyszałem, że ci groził chłostą, a ty w odpowiedzi przyrzekłeś mu swą szpicrutę, postanowiłem, że on się jej nie wymiga.
— Niechaj więc twoja zgoda i głębia twego zrozumienia będzie pochwalona, tak daleko, jak sięgać może ludzka władza na ziemi! A teraz chodź, prowadź mnie do niego. Nie zwlekajmy ani chwili z udzieleniem mu szczęścia mego powitania. Nie masz pojęcia, effendi, jaką gorączką oczekiwania bije jego serce!
Wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą. Widziałem, że tym razem nie mógłbym go powstrzymać od wyrażenia swego gniewu „pieszczotą szpicruty”, jak się zwykł wyrażać. Jednakże sefir święcie zasłużył na tę karę, tak więc w tym wypadku gorące życzenie Hadżi’ego zgadzało się wyjątkowo z moim poglądem.
Wciągnął mnie do środkowej izby i chciał pójść dalej, gdy zatrzymałem się i rzekłem:
— Zanim wejdziemy do sefira, muszę wiedzieć, jak się z tobą obchodzono od chwili, gdy koczyłem do wody. Opowiedz mi!
— Czy nam to ucieknie! Zemdleję, jeżeli znów odwleczesz moje spotkanie z nim!

71