Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

buchnął strzał, wycelowany w tę stronę, gdzie stałem przed chwilą:
Błysk oświetlił na mgnienie jego twarz — natarłem nań, spuszczając mu pięść na głowę tak, że runął na podłogę. Schyliwszy się, stwierdziłem, że i on już nic przeciwko mnie nie może przedsięwziąć.
Zapadła cisza; stałem bez ruchu, aby się przekonaj, czy strzał był słyszany. Nic nie drgnęło. Po chwili rozległ się przyciszony głos ochmistrza:
— Effendi!
— Tak — odrzekłem.
— Czy umarłeś?
— Bezsens. Skoro odpowiadam, nie mogę przecież być umarłym!
— A więc nie uduszony, ani zastrzelony?
— Nie, najwyżej draśnięty nożem
— Gdzie są ci dwaj straszni ludzie?
— Leżą tutaj, nieprzytomni od moich razów. Ale nie mów teraz. Jeszcze niewiadomo, czy strzał nie był słyszany.
— Poczekaliśmy jeszcze parę chwil; ponieważ nikt nie nadchodził, pozwoliłem sobie zapalić świecę. Lampy zapalić nie mogłem, była bowiem złamana i zawartość jej rozlana.
Barekullah, — chwała Bogu! — westchnął Pers — widzę, że jesteś zwycięzcą Serce we mnie zamarło ze strachu, gdy sefir stał nad tobą, jak głodny tygrys, a potem runął na ciebie

68