Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Zatem bez naszego pozwolenia przyswoiłeś sobie nasze tajemnice?
— Tak.
— A więc bądź przeklęty, tysiąckrotnie przeklęty i zgiń!
Z wściekłością, nie oglądając się za bronią, runął na mnie z wyprężonemi rękoma. Usunąłem się szybko w stronę, wskutek czego trafił obok, pazurami w powietrze, podczas, gdy ja, wyrwawszy ręce z powrozów, chwyciłem go za gardło, przycisnąłem swem ciałem i wymierzyłem mu błyskawicznie, jedno po drugiem, dwa uderzenia w skroń. Machnął bezładnie rękoma, wyciągnął konwulsyjnie drgające nogi i zamarł w bezruchu.
Mały zastygł z lampą w ręku i patrzył na mnie osowiałym wzrokiem. Nagle odrzucił lampę, która zgasła i krzyknął:
— Psie, nie uciekniesz!
Chciałem go ostrożnie wyminąć, ale porwał się na mnie; poczułem uścisk ramienia, a potem pchnięcie, któreby przeszyło mi serce, gdybym się w tej chwili nie wykręcił; wpił mi się jednak w muskuł ramienia i, jak się później okazało, spowodował niegroźną ranę, głęboką na cal. Chciałem go chwycić, ale mały zwinny łotr wywinął mi się i porwał pistolet, czego w ciemności nie mogłem widzieć. Skoczyłam do wyjścia, aby mu odciąć odwrót, wtem

67