Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

dziury w kącie ciemnicy. W zapałki i świece zaopatrzyłem się jeszcze w Hilleh; również tam odebrałem Pederowi mój nóż, prócz tego miałem rewolwer i sztucer. Karabin zwany „zabójcą niedźwiedzi” zostawiłem przy koniach. Byłem więc dostatecznie uzbrojony i nie bałem się oporu sefira. Muszę przyznać, że moje przedsięwzięcie wymagało odwagi; temu jednak, ktoby zarzucił, że była to nietylko odwaga, ale i zarozumiałość, musiałbym zwrócić uwagę, że liczyłem na zetknięcie się z bardzo nieliczną garstką przemytników. Przypuszczałem, że tylko niektórzy przemytnicy znają położenie i rozkład wewnętrznych pomieszczeń, byłoby bowiem nieprzebaczalną nieostrożnością ze strony sefira, gdyby wtajemniczył wszystkich swych przemytników. Byłem więc przygotowany na spotkanie się z temi tylko kilkoma osobami, które mnie wprowadziły, a z niemi rozprawa wydawała mi się łatwa.
Był zatem najwyższy czas powrócić do naszych dawnych kochanych miejsc. Żołnierz oparł się o ścianę. Jego złożone ręce, następnie jego ramiona tworzyły pierwsze dwa stopnie wgórę. W ten sposób dosięgnąłem łatwo otworu, a ochmistrz podążył za mną Że przytem nie było mu lekko na sercu, zdradzały to jego ciężkie stroskane westchnienia, które wydzierały mu się z piersi. Mieliśmy wygodną drogę, bo przejścia były wolne od ceglanego miału. Lekki krótki sztucer nie przeszkadzał mi bynajmniej.
Po przebyciu przejścia, wszedłem ukośną

57