Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Czy chcesz fam wrócić?
— Tak.
— Allah! Czy jesteś przytomny?
— Przypuszczam. I wracam tam nie sam, lecz w twojem towarzystwie.
Ze strachu ugrzązł w ceglanym prochu, klasnął w dłonie i wystękał:
— W mo-o-o-jem towarzystwie? Effendi, ani myślę! Jeżeli jesteś szalony — to ja nim nie jestem i nie mam do tego powodu!
— A więc słuchaj, czego jeszcze szukam! Mianowicie twego majątku.
— Mego majątku? Jak ty to rozumiesz?
— Pomijam już twoje konie i wielbłądy, które sam widziałeś, a które, jeżeli uczynisz to, czego zażądam, otrzymasz zpowrotem Ale wielbłądy były objuczone, przytem, jak sądzę, przedmiotami, które nie są bez wartości.
— Nie bez wartości? Możesz mi wierzyć — ich wartość jest tak wielka, że wynosi majątek, wielki nawet majątek. Są to dary Szach-in-Szacha, a co nasz władca daruje — kosztuje dużo, bardzo dużo!
— Cóż powie, kiedy mu doniesiesz, że te kosztowne dary zostały ci zrabowane?
— Boję się nawet pomyśleć o tem! Stracę jego łaskę, opiekę, jego zaufanie i zostanę rzucony w proch, z którego nie wydźwignę się więcej. Do tego dochodzą zobowiązania, jakie

54