Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

i wyzwiska. Tylko sefir zachowywał zimną krew, zdawał się być obeznanym z tymi ludźmi, słuchał ich wymyślać ze spokojem, ostudzał zapały decydującem słowem, czerpał pieniądze z worka i składał należność do wyciągniętych, brudnych rąk. Ci ludzie nie byli mocni w arytmetyce: nie umieli rachować, dlatego nie pozwalali sumować poszczególnych liczb, lecz domagali się należności za każdą sztuką towaru zosobna.
Wszakże raz jeden sefir stracił równowagę. Chodziło o jakąś wschodnią tkaninę, której złoty haft rzucał aż do mnie blaski. Ghasai ocenili go za wysoko, i to wywołało kłótnię, która do tego stopnia się wzmogła że sefir zniecierpliwiony, wskoczył i gniewnie zawołał:
— Zwarjowaliście i szczekacie bez powodu, jak szakale do księżyca! Spójrzcie tam na moich ludzi! Jest ich dziewiętnastu, a wszyscy razem nie narobili tyle hałasu w ciągu całej nocy, ile jeden z was w ciągu dwuch minut. Mam tego dość! Czy myślicie, że dla was tylko tutaj siedzę, że nie mam nic innego do roboty, jak wysłuchiwanie waszych wrzasków? Za pół godziny tamci będą gotowi, musimy więc do tego czasu skończyć, bo mam jeszcze bardzo ważną robotę. Jeżeli będziecie dalej marudzić, pakuję wszystko, każę schować i nie otrzymacie ani jednego para więcej.

49