Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

baczył mnie, poznając we mnie natychmiast obcego. Przy wydaniu okrzyku, ściągnął uwagę swych kolegów i wskazał na mnie palcem. Skoczyłem szybko, porwałem z korytarza mój sztucer i skierowałem go lufą na ludzi. Halef poszedł bezzwłocznie za moim przykładem.
— Effendi! — słyszałem okrzyki — effendi! Jest wolny! Allah, broń nas!
Zerwali się w okamgnieniu. Myśleli tylko o Halefie i o mnie, zapominając o żołnierzach, przed którymi się kryli. Zawołałem do nich:
— Zostać na miejscu, inaczej strzelam! Kto opuści miejsce, na którem stoi, dostanie natychmiast kulę!
— Przedtem ty dostaniesz moją. — odrzekł jeden z nich, wyrwał pistolet i dał ognia; trzej inni powtórzyli ten ruch, ale żaden z tych strzałów nie trafił.
— Odważyliście się strzelać do nas — zawołałem — spotka was za to kara: zwalę was, strzelając wam w kolana. Uważajcie!
Oddałem strzały szybko jeden po drugim, i czterej przemytnicy runęli ze zgruchotanemi kolanami. Zawyli wniebogłosy, to też przycichli inni. Nie widzieli nigdy czterech strzałów z jednej lufy w jednym tak błyskawicznym ruchu — to przechodziło ich pojęcie. Halef wyzyskał ich osłupienie do pouczenia ich swym zwykłym tonem:
— Czegoście rozdziawili ślepia i gęby?

101