Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przyrzekacie?
— Daję słowo!
— W takim razie żegnam!
— Czekajcie jeszcze chwilę! Czy nie weźmiecie sobie od nas mięsa?
— Nie. Sami go potrzebujecie, a to wpadłoby w oko, gdybym się zaopatrywał w żywność.
— Uczynimy to skrycie.
— Dziękuję! W drodze znajdę dość zwierzyny. Bądźcie zdrowi!
— Do widzenia! Życzę wam, żebyśmy się spotkali szczęśliwie!
Rozstaliśmy się, a ja zachowałem się tak, żeby mógł niepostrzeżenie dostać się do swego konia i odjechać. Wiadomość, że oddalił się bez pożegnania, wywarła na wszystkich wielkie wrażenie. Pytali, z jakiego powodu potajemnie odjechał, lecz ja milczałem. Tylko Winnetou nie pytał o nic. Kiedy jednak z nastaniem ciemności usiadłem koło niego, rzekł:
— Będziemy musieli znowu wyswobadzać Old Surehanda.
— Ja też tak myślę — przyznałem.
— Albo szukać zwłok jego!
— I to być może.
— Brat mój nie próbował go zatrzymać?
— Było bezskuteczne.
— Należało go przestrzec, że więcej wiesz, aniżeli on sądzi.
— Byłbym to uczynił, lecz on nie chciał wyjawić swej tajemnicy.
— W takim razie dobrze, że mu dałeś spokój. Zaufania nie należy wymuszać.
— Wkrótce pożałuje tego, że nie był otwarty.
— Tak. Zdumienie go ogarnie, kiedy się przekona, że bystrość mego brata sięgnęła w krótkim czasie dalej, aniżeli jego po wielu latach. Czy z powodu jego zniknięcia musimy się inaczej zachować, niż gdyby był pozostał?