Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż miałoby mi się zdarzyć?
— Posłuchajcie, mr. Surehand! Stosunki zmieniły się, odkąd wyjechaliście z Jefferson-City. Generał tu jest i...
Pshaw! — wtrącił. — Jego nie obawiam się wcale. Co on mnie wogóle obchodzi?
— Może bardziej, niż sądzicie!
— Nie dbam o niego!
— Nie chcę spierać się z wami! Dalej są Utajowie.
— Wszystko mi jedno.
— A guślarz Komanczów także!
— Ten dopiero jest mi obojętny! Wątpliwe zresztą, czy się tu rzeczywiście znajduje. Widzieliście go?
— Nie.
— Wasi towarzysze opowiadali, że przyłączył się do trampów. Wedle tego musiałby właściwie być na półwyspie. Tymczasem go niema.
— Zrobił bardzo rozsądnie, uchodząc stąd.
— Jeśli jest rzeczywiście rozsądny, to powinien był zostać.
— Ja sądzę inaczej. Jeśli mężczyzna jedzie tu w puszczę z żoną, to czyni to z pewnością z ważnych powodów. Czy nie rozumuję słusznie?
— Nie przeczę.
— Te powody istnieją jeszcze, dlatego nie zawrócił. Chodziło mu o to, żeby trampi nie wiedzieli, czego tutaj chciał, dlatego rozstał się z nimi.
— Dlaczego dopiero z nimi odjechał?
— Bo nas nienawidzi i chciał pod ich osłoną dostać się w góry. Kiedy jednak tego nie osiągnął, porzucił ich zupełnie. On jest tutaj napewno.
— Niech sobie będzie. A zatem od dzisiaj za cztery dni czekam na was w Pui-bakej. Wy tymczasem możecie zająć się ściganiem Utajów i ukarać ich za popełnione tu morderstwa. Spodziewam się, że nikt z was nie pójdzie moim tropem.
— O to możecie być spokojni!