Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A ty?
— Ja pójdę na dół do drugiego ogniska.
— W takim razie Indyanie znajdą się między tobą a nami. Twoja śmiałość może się źle dla ciebie skończyć.
Pshaw! Winnetou nie zginie, jeśli zna grożące mu niebezpieczeństwo. Niech bracia moi nie śpią, dopóki ja się nie zjawię.
Pomknął ku Indyanom, a ja zawróciłem do naszego obozu.
Droga moja była teraz niebezpieczniejsza, niż dotychczas, gdyż miałem Indyan przed sobą. Choć domyślałem się, że celem ich jest półwysep, mimoto wszedłem głębiej w las, ażeby się z nimi nie spotkać. Nigdy jeszcze w życiu nie zachowałem się tak nieodpowiednio, jak wówczas, o czem drzewa nad jeziorem mogłyby coś powiedzieć. Oblepiony żywicą, z podrapaną twarzą i rękoma, przybyłem po oznaczonym czasie do obozu, opowiedziałem towarzyszom, gdzie poszedł Winnetou, cośmy razem widzieli i słyszeli. Potem kazałem im utworzyć łańcuch straży od ogniska aż w głąb lasu. Było to jedyne zarządzenie ochronne, które w danych warunkach można było uczynić.
Siedzieliśmy wszyscy na ziemi ze strzelbami w ręku. Po kwadransie może zabrzmiało ku nam z półwyspu nagłe, przejmujące aż do szpiku wycie. To Indyanie, którzy przeszli byli obok nas, napadli na trampów. Nie padł przytem ani jeden strzał. Widocznie biali pozwolili się bez oporu pokonać. Potem znów zapanowała głęboka cisza.
Upłynęła godzina i na półwyspie zgasło ognisko, drugie zaś, dalej położone, płonęło jeszcze. Może po dwu godzinach usłyszałem głośne kroki. Mógł to być tylko Winnetou, gdyż każdy inny byłby się skradał. Rzeczywiście był to on, tak samo podrapany, jak ja. Zawsze rozważny uspokoił mię najpierw:
— Moi bracia mogą siedzieć spokojnie razem. Obawiać się niczego nie potrzebują, bo aż do rana nieprzyjaciel się nie zjawi.