Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy mówiłeś już kiedy z czerwonymi wojownikami o tem, że dusza i gusła to dwie rzeczy, nie mające nic wspólnego ze sobą?
— Nie.
— Czemu nie?
— Bo nie uwierzyliby.
— A ty mi przecież uwierzyłeś?
— Moje usta nie twoje — a kiedy powiem to samo, co ty chciałeś powiedzieć, to nie będzie jednak tem samem. Czy Old Shatterhand zostanie dziś tutaj?
Nie mogłem go objaśnić i dlatego odpowiedziałem, wymijając pytanie:
— Czy będę tutaj, czy nie, nie zabraknie ci tu niczego. Ponieważ chcesz umknąć, muszę cię jeszcze uważać za nieprzyjaciela; ale przynajmniej wśród tych czterech ścian możesz się swobodnie poruszać.
— A więc chcesz mnie rozwiązać?
— Murzyn Bob zrobi to później.
— Nigger? Nigger ma mnie dotykać? Czy nie wiesz, że żaden z czerwonych wojowników nie chce mieć z niggrem nic wspólnego?
— A czy ty nie wiesz, że wielki Manitou stworzył wszystkich ludzi i kocha wszystkich równie mocno, czy mają skórę czarną, czerwoną, czy białą?
Spojrzał przed siebie z zakłopotaniem.
— A co masz przeciwko naszemu Bobowi? — mówiłem dalej. — Był on wtenczas przytem, kiedy ocaliliśmy ciebie. On lepszy człowiek od ciebie, bo nigdy wobec nikogo nie udawał przyjaźni — ty natomiast zawdzięczasz życie Bloody Foxowi, paliłeś z nim fajkę pokoju i przyjaźni, a teraz przybywasz tutaj, by go wypędzić z domu i zabić. Powiedz mi teraz szczerze, kto stoi wyżej: ty — czy on?
NIe odpowiedział nic na to.
— Milczysz? To mi wystarcza. Namyśl się nad sobą! Ażebyś raz mógł to uczynić bez przeszkody, odchodzę.
Słowa moje brzmiały może surowo, ale miały