Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy to teraz rozumiesz?
— Rozumiem, że prawdą jest to, o czem wiedzą wszyscy czerwoni i biali, że Old Shatterhanda nie podobna wyprowadzić w pole, lecz że on wyprowadza wszystkich innych.
— Hm, nie potrzeba było na to zbyt wiele, żeby dziś ciebie wyprowadzić w pole. Jesteś wodzem, ale prawie jeszcze chłopcem. Jeśli, co do mnie przynajmniej, zechcesz to sobie wziąć do serca, to możesz tylko na tem skorzystać. Bądź zadowolony, że mój koń był szybszy od twego i że skutkiem tego użyłem tylko lassa! Gdybym był nie mógł dopędzić cię tak rychło, musiałbym cię zastrzelić.
— Sziba Bigh nie obawia się śmierci.
— Wiem o tem, ale twoja ucieczka miała tylko na celu zawiadomienie Komanczów. Czy byłbyś tego dokonał, gdybym cię był zastrzelił?
— Uff, nie!
— Musisz zatem zrozumieć, że i pod tym względem działałeś bez namysłu. A jak mogłeś zapomnieć o tem, że mam twój worek z gusłami?
— Nie zapomniałem.
— I mimo to chciałeś umknąć? To szczególne! Czyby ci się ucieczka udała, czy nie, dusza twoja byłaby zgubiona na zawsze.
— Nie.
— Owszem. Kto utraci swoje gusło, ten musi szukać innego i w ten sposób ocala duszę. Kto jednak da je sobie odebrać i zniszczyć, tego dusza także zniszczona i ni dojdzie nigdy do wiecznych ostępów.
— Old Shatterhand mówi tu coś, w co sam nie wierzy.
Zauważyłem, pomimo słabego światła płonącej w izbie świecy łojowej, że twarz jego przybrała wyraz pewności siebie, a rzekłbym nawet wyższości. O tem, co teraz myślał, powiedziałoby się po naszemu prawdopodobnie: Teraz zapędziłem Old Shatterhanda w kozi róg! Odpowiedziałem więc: