Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Uff! Widzę, że nie potrzeba się dopytywać. Sprowadzacie masę Komanczów. Spotkaliście się zatem z nimi i poprosiliście ich ze sobą. Czy Sziba Bigh jest także?
— Yes — odpowiedział Old Wabble. — Nie sprowadzalibyśmy przecież czerwonych bez dowódcy!
— Czy zabito lub zraniono którego z nich? Czy bronili się?
— Ani przez myśl im nie przeszło. Żaden z nich nie ma nawet dziurki w skórze. Wszystko poszło tak gładko, jak w szkółce, kiedy się wyciera plamy z atramentu. Opowiem wam, jeśli wam to sprawi przyjemność, ale przedtem jedźmy do wody, ażeby konie napoić. To najkonieczniejsze ze wszystkiego.
Miał słuszność. Zsiadłem i odwiązałem Sziba Bigha.
— Jeśli mój brat wyobrażał sobie, że zdoła napaść na Bloody Foxa, to znajdował się w grubym błędzie. Okolica zmieniła się zupełnie od wtenczas. Ponieważ jesteś podejrzany o chęć ucieczki, nie będziesz mógł widzieć drogi właściwej.
Zdjąłem go z konia, zawiązałem mu oczy i ująłem za rękę, ażeby go przeprowadzić przez kaktusy. Biali i Enczar Ko poszli za nami. Jeńców oddano natychmiast pod straż Apaczom, a ich konie wprowadzono także, by je napoić.
Miałem właściwie zamiar nietylko wrogim Komanczom, lecz także i Apaczom wzbronić przystępu do wnętrza oazy; najlepiej byłoby nikomu z nich nie dać poznać tej miejscowości — lecz to okazało się niewykonalne z powodu konieczności pojenia koni. Chcąc trzysta koni i tyleż ludzi zaopatrzyć w wodę, nie podobna było oazy ukryć.
Kiedy drudzy usiedli sobie na dworze przy stołach, wprowadziłem Sziba Bigha do wnętrza domu, gdzie go przywiązałem.
— Mój brat ma to sobie samemu przypisać, że to czynię — powiedziałem. — Gdyby mi był dał słowo,