Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ci, którzy spełnią to zadanie, zostawią mnóstwo śladów, które muszą pochodzić od Indyan, ażeby Wupa Umugi uważał je za ślady Komanczów.
— Ach, to świetne! Teraz pojmuję.
— Nie śmie przytem być ani więcej ludzi, aniżeli wziętych tu do niewoli Komanczów. To też Winnetou wyruszy stąd natychmiast z pięćdziesięciu Apaczami i zapasowemi tykami do Gutesmontin-khai, ażeby tam tę pracę wykonać.
Zaledwie to wymówiłem, wstał wódz i zapytał mnie:
— Czy mój brat ma jeszcze coś dodać? Chcę już odejść.
— Tylko jedna uwaga! Ponieważ nie znasz tego pola kaktusowego, gdzie mamy zwabić Komanczów, to będziesz musiał powsadzać tyki w południowo wschodnim kierunku. Potem przyślę ci Bloody Foxa, który poprowadzi cię dokładniej. Oto i wszystko, co ci miałem powiedzieć.
Nie potrzeba było dłuższej i bardziej szczegółowej rozmowy między nami. Już w pięć minut potem pocwałował z pięćdziesięciu Apaczami z doliny ku Stu Drzewom.
— To zuch! — podziwiał go Old Wabble. — Temu nie potrzeba godzinnych instrukcyi, żeby wiedział, jak się zabrać do czego. Jakie nam dacie wskazówki, mr. Shatterhandzie?
— Żadnych. Jedziemy prosto na oazę.
— A potem?
— Potem zostaniecie dla pilnowania jeńców dopóty, dopóki nie otrzymacie wiadomości ode mnie.
— Od was? Więc wy nie zostaniecie?
— Nie. Ja muszę się udać do Stu Drzew, ażeby obserwować tam nadejście Komanczów.
— Sam?
— Mr. Surehand będzie mi towarzyszył.
— Czyż ja nie mógłbym także? Przyrzekam wam, że bąka nie strzelę.