Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chociaż są waszymi nieprzyjaciółmi?
— Chrześcijanin może mieć nieprzyjaciół, ale sam nigdy nie jest nieprzyjacielem. Zemsta jego polega na przebaczeniu.
Kręcił głową, jakby pod wpływem męki wewnętrznej, i rzekł, oddychając ciężko, głęboko:
— Takie mogą być tylko blade twarze, ale czerwony nie może i nie śmie.
— Mylisz się! Właśnie, że najmężniejszy i najsławniejszy z czerwonych wojowników jest takim, jak to słyszysz ode mnie.
— Kogo masz na myśli?
— Kogóżby, jeśli nie Winnetou?
— Wodza naszych najgorszych nieprzyjaciół, Apaczów?
— Czemu nazywacie ich swoimi nieprzyjaciółmi? Czy to oni na was napadli, czy też wy wykopaliście topór wojenny? Wy to zawsze pierwsi przystępowaliście do ataku, a mimo to powiedział Winnetou wczoraj wieczorem, że trzebaby nie przelać krwi ani jednego z Komanczów! Czerwoni mężowie i narody muszą wyginąć, ponieważ nie przestają rozdzierać się pomiędzy sobą. Ich Manitou — to Manitou krwi i zemsty, który nawet w wiecznych ostępach nie daje im pokoju, lecz bitwy i walki bez końca. Nasz Manitou natomiast dał przykazanie, które wierzących w niego już tu na ziemi uszczęśliwia a po śmierci daje im zbawienie.
— Czy Old Shatterhand powie mi to przykazanie?
— Brzmi ono: Mamy czcić tylko jego a wszystkich ludzi kochać, jak siebie samych, czy są naszymi przyjaciółmi, czy wrogami.
— A więc i wrogów? — spytał, patrząc na mnie szeroko otwartemi, zdumionemi oczyma.
— Tak jest, i wrogów.
— Jak siebie samego?
— Jak siebie samego.
— Więc mam Apacza, godzącego na moje życie,