Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Już tu, koło oazy?
— Tak. Sądzę, że nie mylę się w tem obliczeniu.
— I tu go osaczymy?
— Tak.
— W nocy?
— Może już za dnia. Im wcześniej nadejdzie, tem wcześniej się go otoczy.
— Ale w takim razie musimy wiedzieć, kiedy nadejdzie, trzeba więc wysłać ludzi na zwiady.
— To byłoby wielkim błędem.
— Jakto?
— Bo odkryłby ślady tych ludzi i zacząłby podejrzywać.
— Hm, a zatem bez wywiadowców? A jakżeż się dowiemy, czy i kiedy ci...
— Mój starszy brat może śmiało przypuścić, że Old Shatterhand wie, co mówi i czyni — przerwał mu Winnetou. — Komancze zobaczyliby ślady wywiadowców i dlatego nie możemy ich wysyłać. Sziba-bigh był tu i pojechał stąd prosto do Gutesnontin-khai, gdzie znajduje się teraz, żeby naciąć tyk. Wróci tą samą zupełnie drogą. Pojedziemy naprzeciw niego obok tej drogi i zobaczymy go tak, że on nas nie zobaczy. Kiedy nas minie, zawrócimy i zapędzimy go na pole kaktusowe, przez które nie będzie mógł przejechać ze swoim oddziałem. W ten sposób będziemy go mieli. Odgaduję, że brat Shatterhand to chciał powiedzieć.
— Tak, to samo było moim zamiarem i planem — odpowiedziałem bystremu przyjacielowi.
Wtem Bloody Fox, który milczał dotychczas, zabrał głos po raz pierwszy, chociaż cała sprawa musiała go najbardziej zajmować.
— Niech mi sławny czerwony brat pozwoli na jedno pytanie. Sziba-bigh będzie się zbliżał bardzo ostrożnie, ażeby go nie dostrzeżono przedwcześnie. Jeśli zaś ustawimy się obok, ażeby czekać na niego, to nie będziemy mogli zbliżyć się tak do jego drogi, żeby nas mógł zobaczyć. Czy nie może się stać, że