Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z treści przemówienia. Old Wabble spuścił głowę, lecz podniósł ją po chwili i jął się bronić:
— Czerwoni, z którymi dotychczas spotykałem się, byli wszyscy łotrami.
— Wątpię. A gdyby to było prawdą, to kto ich zrobił łotrami?
— Nie ja.
— Nie ty?
— Nie.
— Stali się nimi przez blade twarze, a czy Old Wabble nie jest także białym?
— Tak, ja nim jestem. Przypuszczam nawet, takim, który się może pokazać.
— A Winnetou sądzi, że byłoby lepiej, gdyby czerwoni, o których mówisz, nie byli cię wcale widzieli. Mówisz, że powinno się zabić wszystkich Komanczów — a ja ci powiadam, że, ile możności, nie zabijemy ani jednego. Czy mój brat Old Shatterhand zgadza się na to?
— Zupełnie — odpowiedziałem. — Wiesz, że nie masz potrzeby mnie pytać.
Old Wabble zrobił minę zakłopotaną, lecz próbował się jeszcze bronić.
— Ależ oni chcą napaść na Bloody Foxa, któremu mamy dopomódz. Mamy bronić jego i siebie, a to może być tylko w walce odpornej; th’ is clear!
— Są rozmaite rodzaje walki odpornej, mr. Cutterze — odpowiedziałem. — Pozwólcie Winnetou mówić, a dowiecie się potem, że możemy Komanczów wstrzymać od wykonania zamiaru nie tylko przez to, że ich wystrzelamy. Są jeszcze inne środki.
— Tak, pewnie znów wasz słynny podstęp!
Powiedział to w takim tonie, że nie mogłem temu przyklasnąć, nie miałem jednak powodu dawać mu odprawy, gdyż uczynił to Parker.
— Czy nie byłoby lepiej — wtrącił — żebyście milczeli, stary Wabble’u? Wszak widzicie, że i ja jestem cicho. Kiedy mr. Shatterhand i Winnetou rozmawiają