Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Usiedliśmy na dworze i jedliśmy z apetytem wprawdzie, lecz prędko, aby przystąpić do narady. Zanim się rozpoczęła, poszedł Bloody Fox do domu i wróciwszy z małem tekturowem pudełkiem, podał je staremu Wabble’owi i rzekł:
— Oto dla was, mr. Cutterze, ponieważ sobie życzę, żeby moi goście czuli się dobrze w moim domu.
Old Wabble wziął pudełko, zważył je w ręce i rzekł tonem powątpiewania:
— Czuć się dobrze? Czy sądzicie, że to tutaj wzmocni moje zadowolenie?
— Jestem tego pewien.
— A cóż tam jest?
— Otwórzcie i zobaczcie sami!
— Hm! Skoro nie chcecie powiedzieć, to muszę otworzyć, bo inaczej nie dowiem się; th’ is clear!
Zdjął papierową opaskę, otworzył nakrywkę i... krzyknął głośno z radości.
— Nieba! Papierosy! Papierosy! To papierosy! I to pięćdziesiąt sztuk! Pełnych pięćdziesiąt! A do kogo mają należeć, mr. Foxie? Czy do mnie?
— Naturalnie.
— Wszystkie? Pięćdziesiąt?
— Wszystkie.
— Thunder-storm! Szlachetny z was młodzieniec i znakomity człowiek! Chodźcie do mego serca; muszę wam dać smack[1], potężny smack!

Przyciągnął Bloody Foxa do siebie i cmoknął, aż echo poszło. Następnie zapalił sobie jednego papierosa i wydmuchiwał dym z rozkoszą, wyzierającą mu z każdej zmarszczki na twarzy. Towarzyskość nakazywałaby mu wprawdzie każdemu z obecnych dać po jednym takim przedmiociku, lecz tego nie uczynił. Był zbyt namiętnym palaczem, żeby mógł ponieść taką ofiarę.

  1. Mlask, w przeciwieństwie do kies lub buss — pocałunek.