Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ponieważ chcę zobaczyć nadejście Nale Masiuwa, a nasi Apacze muszą także pójść nad wodę, zanim puszczą końskie kopyta na wyschłą pustynię.
— Well, niechże się zaczyna.
Wydał odpowiednie rozkazy i po upływie pół godziny odjechał ze swoimi dragonami. Teraz mogli się zbliżyć Apacze, ażeby napoić konie i wory napełnić wodą. Tymczasem wyszedłem na wzgórze, ażeby zapomocą lunety wypatrywać nieprzyjaciół. Ponieważ musieli iść tropem dragonów, znałem dokładnie punkt na widnokręgu, w którym musieli się pojawić. Byłem zarazem pewien, że niedługo będę musiał czekać, gdyż spodziewali się pewnie, że wojsko tylko przez krótki czas zabawi pod Stu Drzewami i szybko ruszy za Wupą Umugi, ażeby mu ciągle następować na pięty.
Przypuszczenie to okazało się całkiem słusznem, gdyż po krótkiej chwili daleko na wschodnim horyzoncie dostrzegłem ciemny punkt, zbliżający się do nas widocznie.
— Idą! — rzekłem do Old Surehanda, towarzyszącego mi na stanowisku.
— Już?
— Czy spodziewaliście się ich później?
— To nie. Pożyczcie-no mi na kilka sekund dalekowidza.
Podałem mu go. Popatrzywszy przezeń przez kilka sekund, zapytał:
— Czy macie na myśli ten ciemny punkt tam na wschodzie?
— Tak.
— Teraz się dzieli.
— Tak?
— Tak jest. Robi się z niego sześć, ośm małych punktów, oddalających się od siebie w półkolu.
— To wysłani na zwiady.
— Z pewnością! Nie mogą tutaj wprost jechać, bo pokazaliby się wojsku, gdyby się jeszcze tu znajdowało. Czy sądzicie, że tak nie jest?