Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Do pioruna! Znowu nie mogę was pojąć.
— A przecież to rzecz bardzo jasna. Przyznaliście sami, że bylibyście się dostali w paskudną pułapkę.
— To i teraz przyznaję.
— I żeśmy was ocalili.
— Tak.
— Dobrze! W ten sposób wyjaśnia się cały nasz stosunek i do tego niema już co dodać. Ocaliliśmy was od śmierci, i winniście nam wdzięczność.
— Wdzięczność? No tak, do dyabła! Ale co to ma wspólnego z ukaraniem Komanczów?
— To, że was to ukaranie nic nie obchodzi.
— Wytłómaczcie mi to.
— Nie potrzeba tłómaczenia. Jest nas kilku białych myśliwców, którzy porywają się na całą gromadę Komanczów, i mamy ze sobą trzystu Apaczów, daleko lepiej uzbrojonych i wyćwiczonych, aniżeli Komancze. Oprócz tego sprzyja nam teren, nie licząc wszelkich innych korzyści. Czy sądzicie, że zwyciężymy Komanczów?
— Tak.
— I bez waszej pomocy?
— No... hm... hm!
Zaczął kiwać głową z powątpiewaniem.
— Powiedzcie śmiało, że tak. Nie potrzebujemy was rzeczywiście do tego. Daję wam słowo na to, że nie ujdzie nam ani jeden z Komanczów, jeśli się nawet całkiem wyrzekniemy waszej pomocy. Dlatego sądzę, że los zwyciężonych zależy całkiem od naszej woli, a stanowczo nie od waszej.
— Czy chcecie może przez to powiedzieć, że nas wam nie potrzeba?
— Ja to już powiedziałem.
— Thunder! To szczere, sir, bardzo szczere!
— Szczerość jest cnotą, którą powinien odznaczać się każdy gentleman.
— A więc dajecie nam pozwolenie odejścia? Odsyłacie nas?