Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


albo z pragnienia, albo od naszych kul, jeśli się nie poddadzą. To chciałem wam powiedzieć, bo nie macie o tem pojęcia.
— Nie mamy pojęcia? Czy wam się zdaje rzeczywiście, że nic o tem nie wiemy? — spytałem teraz całkiem innym tonem.
— Co wy możecie wiedzieć! — odparł wzgardliwie.
— Najpierw wiemy, że jeśli wszystko pójdzie całkiem wedle waszego planu, nie dostaniecie Komanczów pod żadnym warunkiem.
— Ejże! — rzekł ironicznie.
— Tak. Dodam nawet, że to nie ich, lecz was czeka los wyginięcia w pustem Llano Estacado.
— Rzeczywiście? Jacyście wy naraz rozumni! Czemu tam mamy wyginąć?
— Czy na Llanie jest woda?
— Nie.
— A macie worki na wodę?
— Nie.
— Czy możecie ją zabrać ze sobą?
— Nie. Ale do dyabła, nie pytajcie tak głupio!
— To pytanie wcale nie głupie! W pustyni potrzeba wody, a ta odrobina, którą, jak powiedzieliście przedtem, ma się w mózgu, nie wystarczy, ażeby konie i ludzi uchronić od śmierci z pragnienia. Czy wiecie, jak daleko musicie wjechać w pustynię, ażeby się spotkać z Komanczami? Czy wiecie, jak długo wasze konie zdołają znosić spiekę na Llanie?
— Wiemy, że nie musimy dążyć daleko, bo czerwoni nie mają także wody.
— Czy wiecie to dokładnie?
— Bardzo dokładnie!
— W takim razie żal mi was teraz tak samo, jak wy przedtem litowaliście się nad naszą głupotą. Oto Komancze znają miejsce na pustyni, gdzie znajdą dla siebie dość wody.
— Ach, więc tam jest takie miejsce?