Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tam? To wejdziecie na Estacado!
— Jak? Co?
— Tak, na Estacado — śmiał się.
— Rzeczywiście?
— Tak. Podziękujcie Bogu, że spotkaliście nas tutaj. Nie macie otem pojęcia, że jesteście tu na skraju pustyni. Jeśli pojedziecie dalej, będziecie musieli nędznie zginąć.
— Hm! Wobec tego wrócimy.
— Tak, musicie, sir, bo sępy was pożrą.
— A prawdopodobnie na Llanie także nie natrafilibyśmy na mogiły.
— Przynajmniej nie na takie, jakich szukacie. Chcecie być uczonym, a nie wiecie, że wszelkie wasze poszukiwania daremne.
— Daremne? Czemu?
— Powiedzieliście przecież, że wykopujecie dawne szczątki, by się dowiedzieć, skąd pochodzą czerwonoskórcy?
— Rzeczywiście.
— A zatem tylko stare, prastare groby mogą się wam na coś przydać.
— Tak.
— A mimo to jeździcie po preryi i po dalekim Zachodzie, gdzie są wprawdzie mogiły, ale nowe.
— Hm! — mruknąłem w zamyśleniu.
— Musicie przecież tam kopać, gdzie mieszkały plemiona Indyan, które wyginęły już dawno. Czy to nie słuszne?
— Właściwie tak.
— W takim razie zabierajcie się z Zachodu! Mogiły, jaki szukacie, nie leżą na zachód, lecz na wschód od Missisipi. Przyjmijcie tę dobrą rade! Widzicie, jak się rzecz ma z waszą uczonością, skoro drudzy dopiero muszą wam wyszukiwać właściwych dróg.
— Well! To przejdziemy znowu przez Missisipi.
— Radzę wam. Tam niema też tylu niebezpieczeństw, na które narażacie się tu tak niepotrzebnie.