Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bo jechaliby inaczej. Nie mamy więc do czynienia z przednią strażą, lecz ze samotnym oddziałem. To nie byli ludzie Nale Masiuwa. Hm. Przychodzi mi na myśl mój znajomy młody wódz Sziba-bigh, który także musi przyjść nad Błękitną Wodę, jeśli się ma udać z Wupą Umugi na Llano Estacado. On ma być przewodnikiem. Może to on był.
— To bardzo być może, sir. Co teraz uczynimy? Podążymy tym tropem?
— To nie ma celu i naraziłoby nas na niebezpieczeństwo.
— Ależ my musimy iść w dół rzeki, aby się znowu dostać na drugi brzeg.
— Tak, lecz nie tak blizko wody, gdzie każdej chwili możemy się natknąć na czerwonych. Pojedziemy łukiem, tak, że dostaniemy się do brodu dopiero, kiedy się ciemno zrobi i nie będzie nas można zobaczyć.
— To rozumne i niebezpieczne zarazem.
— Jakto niebezpieczne?
— Jeśli jeszcze przed nastaniem ciemności przyjdą za nami Indyanie, to zobaczą miejsce, w którem ten trop opuścimy. Nasze ślady muszą zwrócić ich uwagę, pójdą za nimi i będziemy zdradzeni.
— Jeśli się do tego głupio zabierzemy, to tak. Musimy właśnie tam skręcić, gdzie to nie zwróci uwagi.
— Gdzież to?
— Tu.
— Tu? Aha!
— Tak, tu. Czy wam się nie zdaje, że ta ulica w zaroślach to najlepsza sposobność?
— Czy jest ulica czy nie, oni mimoto zauważą, że trop prowadzi w bok.
— Nie, jeśli to dobrze zrobimy. Nie pojedziemy tam powoli, lecz skokiem. Że nasze konie tu się przysadzą do skoku, tego nie spostrzegą, bo tu dużo śladów, i ziemia całkiem stratowana. Konie dotkną gruntu po drugiej stronie ulicy, co wprawdzie wytworzy odciski, ale stąd nie będzie można ich widzieć, bo otwór