Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Hallo! — rzekł Old Wabble. — Oto widać, że Nale-Masiuw przybył już ze swoimi czerwonymi!
Old Surehand spojrzał tylko przelotnie na trop i odrzekł:
— To nie był on.
— Nie? jakto?
— Ilu czerwonych miał sprowadzić?
— Stu.
— Czy to jest trop stu jeźdźców?
— Nie — przyznaję to, ale, skoro to nie był on, to chciałbym wiedzieć, kto taki... hm! Byłaby to może straż przednia jego oddziału?
— Być może.
— W takim razie nadejdą drudzy i odkryją nasze ślady. Co tu robić? Zdradzić się nam nie wolno.
— Niech mr. Shatterhand oznaczy, co czynić.
Pochyliłem się z konia, by się dobrze przypatrzyć odciskom i powiedziałem:
— Tu było około dwudziestu jeźdźców, bardzo pewnych siebie, bo nie jechali gęsiego. Trop ma najmniej cztery godziny, kto więc przyjdzie za nami a będzie miał dobre oczy, odróżni nasze ślady z łatwością. Ale wieczór się zbliża i uniemożliwi to odróżnienie. Możemy śmiało jechać dalej tym tropem, bo muszę poznać go lepiej.
Skręciliśmy za śladami i przybyliśmy wkrótce na miejsce, gdzie jeźdźcy zatrzymali się byli. Miejsce to zasłaniały zarośla od strony rzeki, a w nich znajdowała się wązka ulica.
— Tak, tu było około dwudziestu jeźdźców — powtórzyłem, — Więcej nic się nie da powiedzieć.
— A więc straż przednia? — spytał Old Wabble.
— Wątpię.
— Dlaczego?
— Naco miałby Nale Masiuw dzielić swój oddział i wysyłać straż przednią? To czyni się tylko przed walką albo w bardzo niebezpiecznych stronach. O walce mowy nie było, a niepewnymi nie czuli się ci ludzie,