Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie nosił jeszcze nigdy białego nie da wam wsiąść na siebie.
— Musi.
— A gdy go nawet dosiędziecie, to nie zechce was słuchać.
— Musi.
— Oho! Czy jesteście tego rzeczywiście tak pewnym?
— Tak.
— W takim razie z was jeździec, z którym tylko jeszcze jeden może się porównać.
— Kto taki?
— To jest... jest... hm. Nie weźcie mi tego za złe, ale to stary Wabble.
— A, wy! — roześmiałem się.
— Tak, ja. Nieprawdaż, że to brzmi zuchwale? Ale tak jest. Wiecie, jak mnie nazywają?
— Król cowboyów.
— Czy wiecie także, co to ma znaczyć? Oto, że niema konia, który nie musiałby tego czynić, co ja chcę. Czy możecie to także powiedzieć o sobie?
— Naco się przydadzą słowa i przechwałki?
— Well, macie słuszność. Mężczyzna, to czyn. Słyszałem o tem i sam już widziałem, że dobry z was jeździec. Ale do tego potrzeba...
— Widzieliście? — wpadłem mu w słowo. — Nie widzieliście nic jeszcze.
— Nic? Zdawało mi się, że w ostatnich dniach miałem do tego dość sposobności.
— Jechałem na własnym koniu, a dzisiaj będzie inaczej.
— Tak, tak! Spodziewam się jednak, że nas nie roztratujecie w niwecz!
— Nie bójcie się. Kiedy nań wsiądę, was już tam nie będzie.
— Nie? A gdzież?
— W obozie są tylko dwaj dorośli wojownicy, a ja ich ogłuszę, ale tymczasem mogą przyjść do siebie, a ponieważ przeprawa z koniem nie odbędzie się