Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na którym ma jechać wasz nigger, Negr, chciałem powiedzieć.
— I wam się zdaje, że ja o tem zapomniałem.
— Yes.
— Hm! W takim razie nie byłbym rzeczywiście godnym nazwy westmana.
— A więc tak?
— Tak.
— Powinniśmy byli zabrać z sobą jednego.
— Nie. Nie mieliśmy takiego, który wytrzymałby szybką jazdę tu i z powrotem. Weźmiemy stąd jednego.
— Od czerwonych?
— Oczywiście. Czy może jest tu tattersal, gdzie moglibyśmy konia wypożyczyć?
— Zaczynacie być uszczypliwy, mr. Shatterhandzie. A więc ukradniemy konia? Hm! Ciemno jest. A jeżeli pochwycimy takiego, który nic nie warta i nie nadąży naszym koniom?
— Niema obawy! Już wybrałem jednego.
— Aha, na prawdę?
— Tak. Jeden był przywiązany osobno obok namiotu wodza a więc należący prawdopodobnie do Wupa Umugi. Zwierzę to bardzo piękne i cenne, a nie wziął go, żeby go w walce nie narazić na śmierć lub kalectwo. Tego sobie weźmiemy.
— Czy Murzyn potrafi na nim jechać?
— Ja na nim pojadę, a on na moim.
— Well. W takim razie tylko jedna jeszcze wątpliwość.
— Jeszcze jedna?
— Tak, ostatnia. W takich okolicznościach nie można być nigdy dość ostrożnym i należy wszystko rozważyć. Dajmy na to, że powalicie dozorców, a my zabierzemy Boba, dostaniemy gusła — a to wszystko tak, że tego nikt nie zauważy. Ale koń narobi łomotu; ja to znam dobrze.
— Ja także.