Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mr. Shatterhandzie, wy nie jesteście dziwak lecz zuch, wielki zuch; muszę to przyznać! On zgodzi się na to.
— Ja także tak przypuszczam.
— Tak, on to zrobi, niestety; niestety, zrobi.
— Czemu: niestety?
— Tak, bo to pozbawi mnie przyjemności, całej wielkiej i pięknej przyjemności. Tak się już naprzód cieszyłem.
— Czem?
— Nauczką, jaką mieli otrzymać czerwoni. Zapatrujecie się na to inaczej, ale ja wam powtarzam i zawsze będę powtarzał, że nie można za mało Indyan zabijać. To plugawstwo musi zniknąć ze świata.
— Teraz znowu przemawia przez was cowboy i to w sposób, który mnie może rozgniewać.
— Gniew wam daruję. Gdybyście byli cowboyem tak, jak ja, to wiedzielibyście, że każdy czerwony jest urodzonym koniokradem. Miałem z tymi łotrami niemało do czynienia.
— Ale zdaje się, że wam to nie zaszkodziło. Byliście przytem zdrowi i dożyliście późnego wieku.
— Tak, gniew służył mi nadzwyczajnie, przyznaję. Mimo to jednak nienawidzę ich i cieszyłem się z góry, że zmiotę wielu z nich, chociaż jestem na tyle sprawiedliwy, że uważam myśl waszą za wspaniałą. Jeśli się to powiedzie, to przepadnie mi cała uciecha. Mam jednak pewną małą nadzieję.
— Jaką?
— Że drudzy wodzowie na to nie przystaną.
— To istotnie być może, że drudzy się będą opierali; zwłaszcza Nale-Masiuv.
— Być może, że i on, ale miałem na myśli młodego wodza, Sziba-bigh.
— Dlaczego?
— Właśnie dlatego, że młody i rywalizacya będzie większa. Jego ojciec był najpierwszym wodzem Komanczów, a on chciałby także nim zostać. Wupa