Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Potem udamy się do namiotu wodza i zabierzemy stamtąd worki z gusłami, wiszące tam na tykach.
— Worki z gusłami?
— Tak, przodków.
— Thunder-storm. On zwaryuje, kiedy się o tem dowie. Przecież utraci cześć a z nią wszystko, co tylko ma i czem jest.
— Nie.
— Nie? Zdaje mi się, że także znam trochę zwyczaje i obyczaje czerwonych. Kto takie worki utraci, ten umiera moralnie.
— Zapewne, ale on ich nie utraci.
— Co? Nie?
— Przynajmniej nie na długo.
— Chcecie mu je zwrócić?
— Tak.
— To dziwactwo!
— Nie.
— Owszem! Jeśli mu je macie oddawać, to raczej je zostawić na miejscu!
— Mam w tem interes.
— Jaki? Chciałbym rzeczywiście usłyszeć.
— Chcę uniknąć rozlewu krwi.
— Zapomocą tych worków?
— Tak.
— Osobliwy z was człowiek. Nie pojmę tej sprawy, jeśli mi jej nie wytłómaczycie.
— Co się stanie, gdy wódz dowie się, że mam jego gusła?
— Przerazi się okropnie; th’ is clear!
— I wprawi w ruch wszystkie sprężyny, by te worki odzyskać. Nieprawdaż?
— To rozumie się samo przez się. Nie będzie dla niego zbyt wielkiej ofiary w tym celu.
— Ofiara, której zażądam od niego, nie będzie wcale zbyt wielką. Będzie musiał zawrzeć pokój z Apaczami i nie napastować Bloody-Foxa.