Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


to dla mnie niespodzianka, prawdziwa niespodzianka, ale już w następnej chwili wydało mi się, że musiałem się pomylić. Byłem jeszcze pod świeżem wrażeniem spotkania się na wzgórzu Kaam-kulano i widziałem rzeczy nieistniejące!
Zmrok zapadał szybko i wkrótce nie mogłem już rozpoznać twarzy Old Surehanda. Co byłoby, gdybym nie uważał tego za złudzenie i opowiedział mu o Indyance? To byłoby ją o wiele prędzej z nocy obłąkania wyzwoliło. Nie czynię sobie jednak wyrzutów, gdyż chciałem względem niej być rzetelnym, sprawiedliwym i dotrzymać przyrzeczenia. Jemu zaś można było także zdjąć daleko prędzej z serca przygniatający go tak bardzo ciężar.
Siedzieliśmy długo, nie przerywając milczenia, aż Old Wabble stracił cierpliwość i zapytał mnie:
— No, sir, jak długo będziecie właściwie myśleli? Czy pozwolicie mi dopomódz w tem sobie?
Na to przerwał Old Surehand swoje milczenie i upomniał go.
— Old Shatterhandowi nie potrzeba waszej pomocy, stary Wabble’u; on sobie bez was da radę.
— Ale kiedy? Wieczór mija, a tu niema czasu do stracenia.
— Cierpliwości! — prosiłem go. — Nie możemy nic począć, dopóki czerwonoskórcy nie zasną.
— Ale potem? Jak zabierzemy się do tego?
— Wiem, gdzie stoi namiot, w którym Bob siedzi. Zakradniemy się tam, powalimy strażników...
— Zabijemy ich? — przerwał mi.
— Nie. Wystarczy ich ogłuszyć.
— Weźmiecie to chyba sami na siebie, bo ja tego nie dokażę. Ale mówicie tak, jak gdyby to było takie łatwe: zakradniemy się, powalimy...
— I wydobędziemy go... koniec!
— Koniec! I nic więcej?
— O, i owszem.
— Co?