Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dziedzictwem. Artysta przekazywał ją z dziecka na dziecko, a ja jestem jego potomkiem i przekażę ją najstarszemu synowi. Tak, przypatruj mi się ze zdziwieniami Jestem rzeczywiście prawnukiem syna prawnuka człowieka. Któremu Allah pozwolił oglądać proroka, za nim na świat przyszedł.
— W takim razie, jesteś najsłynniejszym człowiekiem swojego szczepu i nietylko się cieszę, lecz uważam sobie za zaszczyt iż cię poznałem.
— Tak, — rzekł zupełnie poważnie — dla każdego jest zaszczytem widzieć takiego praprawnuka artysty, który żył jeszcze przed prorokiem. Znają mnie daleko w głąb Sudanu, aż hen, dokąd sięgają prawdziwi wierni, a strzeba moja słynie nawet w krajach pogańskich.
— Pewnie i strzela dobrze?
— Niestety nie. Było to wolą Allaha, że dla podniesienia właściwości nieba, nic nie ma być doskonałego na ziemi. Odnosi się to również do mojej flinty wizyjnej. Ma ona kilka wad, napełniających smutkiem moje serce.
— Znam wszelkie rodzaje strzelb i umiem się z niemi obchodzić, Jeśli powiesz mi, jakie ma błędy, może ci co poradzę.
— Jest ich kilka. Przedewszystkiem, strzelba jest niesforna, jak dziki cap — trąca okropnie. Dała mi już niejeden porządny policzek.
— To istotnie nieładnie z jej strony! Mu-

87