Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widziałeś już kiedy taką robotę, effendi? Czy to nie jest godne podziwu?
Kolba ta była wykładana kością słoniową a rysunek tworzył figurę zupełnie dla mnie niezrozumiałą. Odpowiedziałem zatem:
— Ależ z wszelką pewnością, rzecz istotnie wspaniała! Ale co ten rysunek ma przedstawiać?
— Co ma przestawiać? — zdziwił się. — No, proszę! Czyż nie widzisz tego sam?
Podsunął mi kolbę pod nos i zagadnął:
— No, przypatrz się dokładnej i powiedz, co tof!
Starałem się jak mogłem, odgadnąć, ale daremnie: To nie było ni pismo ani obraz, to nie było — nic!
— Jesteś ślepy! — rzekł. — Oby Allah rozjaśnił oczy twoje! Ponieważ jednak jesteś chrześcijaninem, nic dziwnego, że nie poznajesz tej figury. Wierny muzułmanin zobaczy na pierwszy rzut oka, co to ma znaczyć. Czyż nie poznajesz, że to głowa?
— Głowa? Ani śladu! Możnaby to chyba uważać za bezkształtną głowę hipppotama — zaprzeczyłem ruchem głowy.
— Nie? Allah, Wallah, Tallah! Toż to głowa samego proroka mieszkającego we wszystniebiosach!
— Nie może być! Przecie tu nie widać żadnej głowy! Gdzież jest naprzykład... nos?
— Niema go effendi, prorok nie potrzebuje nosa. Jest on teraz najczystszym duchem

84