Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż z tego? Mnie mimo to nie dorównywa, i powiem ci otwarcie, że zniżam się już, kiedy pozwalam tobie, handlarzowi, siedzieć obok siebie. Siadaj więc, i nie sprzeciwiaj się mojej woli!
Zaświerzbiła mnie ręka, ażeby mu wymierzyć policzek, ale jeszcze narazie musiałem przybrać pokorną minę. Gdybym się z nim posprzeczał, naraziłbym na niebezpieczeństwo nietylko plan mój, ale może i życie. Chodziło mi teraz przede wszystkiem o to, żeby mnie uznał za gościa i tem samem zapewnił bezpieczeństwo. To też zamilkłem i usiadłem obok wspomnianego już brzydala, którego rozmowę z dowódcą podsłuchałem przy studni. Ten drugi wziął w rękę kilka daktyli i podzielił się ze mną, napełnił wodą mały harbuz i, pociągnąwszy kilka łyków, podał mi naczynie, poczem uścisnął mi rękę i rzekł:
— Witam cię! Jedz i pij — jesteś moim gościem.
Wypiłem czem prędzej nieco wody, włożyłem w usta daktyl i dałem znak Ben Nilowi, ażeby sie zbliżył. Zrozumiał sytuację zupełnie, przystąpił więc szybko do mnie, napił się wody, wsunął w usta daktyl i rzekł, zwracając się do dowódcy:
— Jem i piję twoje dary, więc teraz skrzydła twojej opieki rozpostarte są nade mną i każ-

6