Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, ale zważ, że Bóg jest miłosierny.
— Allach jest miłosierny, więc niech nim będzie i dla nich, Ty jesteś chrześcijaninem i chętnie zwracasz oczy w górę ku wiecznej łasce. Ja muszę być przedewszystkiem sprawiedliwy i...
— Czekaj, co to? — przerwałem.
— Tam na górze leży jakiś człowiek! Przy tych słowach, „w górę ku wiecznej łasce“ podniósł reis effendina rękę ku niebu. Oko moje zwróciło się mimowoli w tym kierunku i ujrzałem twarz wysuniętą poza krawędź skały. Kiedy spojrzałem w górę, znikła na tychmiast
— Człowiek? — zapytał, — Ktoby to mógł być? Może muza’bir, albo mokkadem?
— Nie, ci dwaj nie zbliżą się tutaj. Ale na krótko przed twojem przybyciem widziałem na widnokręgu biały punkt, który wziąłem za błyszczącą kałużę soli. Może to był człowiek w białym burnusie?
— To śpiesz na górę i przypatrz mu się! Niech z tobą idzie Ben Nil, bo rozumny i odważny, i możesz się zdać na niego.
Zawołałem Ben Nila, wziąłem strzelbę i poszedłem, jak mogłem najprędzej na górę. Nie wątpiłem, że podsłuchujący zauważył, i że pewnie będzie umykał. To też posłałem Ben Nila po nasze hedżiny, ażeby w razie potrzeby zarządzić pościg. Przyszedłem na górę właśnie

72