Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sądziłem już, że mam przed sobą łowców niewolników.
— Tak też jest rzeczywiście — odpowiedziałem, podając mu rekę. — Schwytaliśmy ich.
— A niewolnice?
— Są także.
Allah ‘l Allah, effendi, jestem tem zdumiony w najwyższym stopniu! W jaki sp osób zdołałeś ich schwytać? Gdzie spotkałeś porucznika?
— W Korosko.
— Słusznie zatem przypuszczałem, że tam ciebie zastanie. W jakiż sposób trafiliście na zbójców?
— Zaraz ci to opowiem. Powiedz mi jednak wprzód, gdzie są twoi ludzie, bo chyba przecież nie jesteś tu sam?
— Żołnierzy moich zostawiłem za skałą. Sam pojechałem naprzód. Zobaczyłem obóz i, sądząc, że mam przed sobą rozbójników, cofnąłem się czem prędzej i zsiadłem z wielbłąda, ażeby obserwować was ukradkiem. Tym czasem szczęśliwie natknąłem się na ciebie. Opowiem ci później, co mnie tutaj przywiodło; teraz chodźmy przedewszystkiem do obozu.
Na okrzyk reisa effendiny wysunęli się z za skały żołnierze, było ich może więcej niż czterdziestu, dobrze uzbrojonych, na smukłych wielbłądach. Na ich czele udaliśmy się teraz do obozu.

67