Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i czuł się za słabym na wypadek buntu tych „djablic“, jak je nazwał. Udało mi się jednak rozwiać te obawy i, nie tracąc czasu, kazałem Ben Nilowi osiodłać nasze wielbłądy. Selim chciał także jechać z nami, lecz odmówiłem jego prośbie. Zostawiłem wczoraj w obozie dalekowidz, więc wyszedłem na górę, żeby go zabrać. Nie mając właściwie do tego żadnego powodu, spojrzałem przez szkła w kierunku, w którym udali się mokkadem i muza’bir. Daleko ku południowemu zachodowi coś błyszczało, jakby wyschłe bagno słone. Nie zwracając na to uwagi, zabrałem się do powrotu, a kiedy mijałem jakiś stożek skalny, zobaczyłem w oddali u samego wejścia do wadi, dwóch ludzi, którzy na wielbłądach do wąwozu wjechali, ale na widok obozu cofnęli się czem predzej za skałę. Zatrzymałem się i w tamtą stronę zwróciłem lunetę. Za chwilę ukazał się moim oczom człowiek, idący pieszo. Przezornie przyciskał się do skały i patrzył ku nam z wielką uwagę. Choćbym nie widział twarzy, poznałbym go po bogato złotem wyszywanem ubraniu. Co za niespodzianka! Był to reis effendina.
Odległość między nami wynosiła z tysiąc kroków. Wołania nie byłby słyszał, zbiegłem więc nadół ku miejscu, gdzie stał. Zobaczył mnie i, poznawszy, wyszedł naprzeciw.
— O, to dobrze, effendi! — zawołał zdala —

66