Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dumnej, jakby naprawdę był drugim Cydem lub Bajardem.
A zatem wypędzono go! Było mi żal, że te niewiasty w oczy mu to powiedziały, ale sam sobie musiał winę przypisać, gdyż niepotrzebnie krzyczał.
Teraz należało przedewszystkiem puścić się w pogoń za mokkademem i muza’birem, a nikomu nie mogłem tego zadania powierzyć. Obecność moja była wprawdzie potrzebna także tutaj w obozie, lecz sądziłem, że mogę się zdać na porucznika. Kiedy mu powiedziałem o swoim zamiarze, wydłużyła mu się twarz i odpowiedział:
— Effendi, przyznaję otwarcie, iż wolałbym, żebyś został. Prowadzić tak wielu jeńców, a przytem czuwać nad sześćdziesięciu kobietami, — to na moje siły trochę za trudne!
— Przecież jeńcy zakuci, a kobiety posłuchają cię chętnie. Nic złego spotkać cię nie może.
— Trudno przewidzieć, co się stać może. Z jedną kobietą nieraz już kłopot wielki, a tutaj mam ich coniemiara. Effendi, nie rób mi przykrości i nie obarczaj mnie tylu babami! Zresztą, i tak nie wiem, jaką drogą mam je prowadzić.
— Oczywiście, przez Bir Murat, dokąd zwrócili się także zbiegowie. Wiedzą oni, że

60