Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


musiałyśmy znieść w drodze to opowiedzieć trudno. Zasłużyli na srogą zemstę effendi, proszę cię, bądź wobec mnie szczery, i powiedz prawdę! Czy naszym wojownikom będzie wolno się zemścić?
— Nie.
— Dziękuję ci — to dobrze!
Oczy jej zapłonęły groźnie, kiedy wymówiła te słowa, poczem cofnęła się do swych towarzyszek, ja zaś poszedłem do rannych. Z zaciśniętemi zębami znosili cierpienia i nawet nie spojrzeli na mnie, kiedy ich z pomocą Ben Nila opatrywałem. Tam, gdzie w nocy pierwsze strzały padły, leżały cztery trupy, a przy wielbłądach znalazłem kilku ciężko rannych, opatrzonych już przez towarzyszów.
Zkolei chciałem teraz zlustrować namioty, musiałem się jednak zwrócić w inną stronę, gdyż usłyszałem za sobą jakiś nieludzki prawie krzyk. Odwróciwszy się, zobaczyłem Selima, który, wywijając rękami, jak wiatrak, biegł ku obozowi i ryczał:
— Chwała, dzięki, sława i cześć! Zwyciężyliśmy ich! Leżą rozgromieni i zdruzgotani. Plwajcie na tych psów tchórzliwych!
Popędził do jeńców, stanął przed nimi w tej chwili właśnie, kiedy tam nadszedłem, i, chociaż tchu nie mógł złapać, zaczął do nich krzyczeć:
— Nareszcie mamy was, wy niegodni,

57