Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nić. Kiedy już był zakuty, wołał swoich ludzi jednego po drugim, oni zaś przychodzili tak, jak ich wołano, na tę stronę, gdzie otrzymywali kajdanki. Nikt nie powiedział ani tłowa, ale spojrzenia ich były tem wymowniejsze. Biada mi, gdybym kiedyś później miał któremu z nich wpaść w ręce. Brzydal przyszedł na ostatku, i on jeden tylko nie zdołał w milczeniu pogodzić się z losem. Mijając mnie, pokazał mi pięść i zagroził:
— Dzisiaj mnie, a jutro tobie! Policzymy się!
— Uważaj, ażebyś wtedy zbytnio nie dostał — odpowiedziałem.
Ranni nie mogli przyjść i musieliśmy udać się do nich. Kiedyśmy się już uporali z łowcami, otworzyły się namioty i oswobodzone niewolnice wybiegły na przeciw nas. Nastąpiła teraz scena, którą wprost trudno pisać.
— Twierdzą ludzie, że piękniejsza połowa rodzaju ludzkiego przewyższa znacznie brzydką pod względem obrotności języka. Nie wiem, czy to zdanie jest zupełnie słuszne, w każdym razie jednak nawet najbardziej zdecydowany przeciwnik tego twierdzenia musiałby przyznać w tej chwili, przynajmij odnoćnie do kobiet Fessarów że zaiste zdanie to jest słuszne. Sprawność ich ust była iście zastraszająca. Tak nas zarzucono pochwałami i wyrazami uwielbienia, że nikt do słowa przyjść nie zdołał, i bezradni musieliśmy

53