Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jego przeznaczenia i dlatego nie powinieneś winy się we mnie doszukiwać.
— Bardzo łatwo znalazłeś usprawiedliwienie dla siebie, mimo to nie sądź, żebyś w ten sposób rozszerzył pętlicę stryczka, który dla ciebie jest przeznaczony. Masz przed sobą jeszcze tylko dziesięć minut życia.
— Nie bądź tak pochopny, effendi! Daruj mi życie, a ja ci wzamian daruję niewolnice.
— Nie masz prawa darowywać ludzi; oni są tylko własnością Boga.
— To weź nasze wielbłądy!
— Wielbłądy należą już do mnie; wystarczy mi tylko rękę wyciągnąć.
— Więc, weź sobie wszystkich moich ludzi i pozabijaj ich, byle mnie puść wolno!
— Człowiecze, tyś nietylko złoczyńca, ale i tchórz, jakich mało. Pomagałeś może w zabijaniu tysięcy biednych murzynów, a sam drżysz, kiedy ci teraz śmierć w oczy zagląda. Czy sobie sprawy z tego nie zdajesz, jaki bezbożny i szatańsko samolubny jest twój projekt? Ażeby jednego nie wydać na zasłużoną karę, mam zabić pięćdziesięciu ludzi? Zgroza mnie przejmuje, kiedy na ciebie patrzę!
— Niech cię przejmuje. Ja chcę żyć, żyć, żyć! Daruj mi życie, a uczynię wszysto czego ode mnie zażądasz!
Ten drab skomlił ze strachu przed śmiercią, jak dziecko. Porwało mnie obrzydzenie.

46