Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cy malowała się ponura zawziętość, a kiedy objął okiem obozowisko, zasępił się jeszcze bardziej.
— Cóż ty na to? — zapytałem. — Kto tu ulegnie, my czy wy?
Przypatrzył się naszym ludziom i rzucił potem szukające spojrzenie na wadi — wgórę i nadół.
— Kogo szukają oczy twoje? Czy może Ibn Asla? On jeszcze tu być nie może A może oglądasz się za mokkademem albo kuglarzem? Oni ci także pomocy nie przyniosą. Nie mają broni ani wielbłądów, a ludzie, których wyślę za nimi, dościgną ich bardzo prędko.
Allah ‘l Allah! Kto poradzi na kismet — mruknął pod nosem.
— Nikt, — odpowiedziałem a twój kismet, to śmierć.
— Kiedy mam umrzeć?
— Za kwadrans.
— Czy mnie każesz zastrzelić?
— O nie! To byłaby dla ciebie zbyt zaszczytna śmierć. Stryczek każę ci włożyć na szyję, a wielbłąd będzie cię włóczył.
— O Muhammedzie, o Abu Bekrze! Jak może wierny ginąć od stryczka?
— Nie biadaj! Łotr jest łotrem, czy nazywa się muzułmaninem, czy chrześcijaninem, czy poganinem. Otrzymasz słuszną zapłatę.
— Każdy człowiek jest niewolnikiem swo-

45