Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


słyszeć twego głosu ani widzieć tu ciebie dłużej. Idź na górę i siądź tam przy dozorcach wielbłądów! Prawdopodobnie im nie przyniesiesz nieszczęścia.
Chciał się sprzeciwić, lecz odszedłem i zostawiłem go samego. Zmiejsca uszczupliłem nasz oddział o trzech ludzi, których posłałem za Selimem. Obawiałem się mianowicie, aby zbiegowie nie wrócili i nie zabrali nam wielbłądów, bez których ucieczka nie mogłaby się udać. Teraz topiero znalazłem czas do pomówienia z porucznikiem. I jego takie złościła ucieczka jeńców, lecz tego nie można było już cofnąć; również niesposób było myśleć o pościgu. Noc ciemna, a nam potrzeba było ludzi tak bardzo, że nie mogliśmy się wyrzec ani jednej osoby.
Wreszcie noc przeszła; oblężeni nie próbowali nawet po raz wtóry przebić się przez nasz pierścień. Kiedy ciemność zaczęła w dali ustęoować przed dniem, zobaczyliśmy zbójców obozujących dokoła namiotów. Z postawy ich wnosić należało, że przez całą noc spodziewali się ataku.
Kto teraz rzucił okiem na sytuację, musiał przyznać, że była dla nas o wiele korzystniejsza. Łowcy mieli wprawdzie lepszą osłonę, ale, pozbawieni strzelb, nie byli już dla nas niebezpieczni, Kazałem sprowadzić Ben Kazawiego, aby z nim pomówić. Na twarzy dowód-

44