Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Był to głos Selima, i odrazu wiedziałem, o co chodzi. Jeden z pojmanych uciekł, albo uciekli obydwaj. Ten zgiełk musiał zbudzić karawanę. Selim ryczał ze skały jak lew:
— Effendi, effendi, uważaj! Mokkadema i muza’bira już niema!
Byłem wściekły! Więc ja miałem uważać teraz, kiedy on tyle popsuł! Kto teraz zobaczy zbiegów w ciemności, jak ich ścigać i schwytać? Trzeba było wyrzec się wszelkiego pościgu i puścić ich wolno, natomiast wziąć się pośpiesznie do łowców. Nakazałem dozorcy:
— Zostaniesz tu z Ben Kazawim i ręczysz mi za niego głową. Gdyby który ze zbiegów zeszedł tutaj, zastrzelisz go natychmiast!
Zwróciwszy się do brzydala, mówiłem dalej;
— Ciebie przeprowadzę teraz przez linję żołnierzy, otaczającą wasz obóz. Powiesz swoim ludziom, że jesteście osaczeni, i że wydałem rozkaz zastrzelić każdego, ktoby spróbował przedostać się poza łańcuch żołnierzy. Donieś o tem twoim towarzyszom, a jeśli usłuchają tej przestrogi, być może, że okażę się dla was łaskawszym.
Rozwiązałem jego pęta, wziąłem go za kołnierz i poprowadziłem przed sobą. Ben Nil poszedł ze mną. Przybywszy do naszych żołnierzy, wypuściłem z rąk zbója, a on umknął czem prędzej. Teraz trzeba było zaczekać na

37