Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wedle prawa pustyni. Zostaniecie rozdeptani jak żuki, na które natknie się noga wielbłąda.
— Więc chociaż jesteś chrześcijaninem, nie zawahasz się krwi niewinnej przelewać? Powiedziałeś przedtem, że chrześcijanin jest synem wiecznej miłości!
— Tak, lecz jest zarazem sługą wiecznej sprawiedliwości. Teraz, kiedy już idzie o twoje życie, szukasz w wierze mojej ostatniego ratunku, ale przedtem nazwałeś mnie psem chrześcijańskim. No widzisz! I teraz ten „pies“ będzie twoim sędzią.
— My wiemy, że działasz z polecenia reisa effendiny, jemu więc masz obowiązek nas wydać!...
Dziwne wrażenie wywarły na mnie ostatnia jego słowa. Wszyscy łowcy niewolników drżeli na samo wspomnienie imienia reisa effendiny a teraz jedyny dla siebie ratunek widzieli w staraniach, żebym ich w jego ręce wydał. Postanowiłem z tego skorzystać, bo wydawało mi się, że teraz, chcąc z moich rąk śmierci uniknąć, spełnią moje życzenie i wpłyną na swoich ludzi, aby mi nie stawiali oporu. Zgóry cieszyłem się nadzieją, że krwi rozlewu uniknę, niestety jednak, wkrótce miałem się przekonać, że nadzieja moja była zwodnicza. Oto bowiem w tej chwili zabrzmiał ze szczytu skały donośny chrapliwy głos:
— Zatrzymaj się, zatrzymaj! Zostań zostań!

36