Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czeka teraz kara, bo i oni są już w moich rękach.
— Nie chwal się, bo twoje siły za małe abyś miał odwagę podnieść pięść na mokkadema.
— A jednak to się już stało, i wasi protektorowie leżą tam w górze na skale tak samo, jak wy, skrępowani.
— To jest... to jest...
— Prawda, całkowita prawda — wtrąciłem i odpowiedziałem mu całą sprawę. Obaj czuli się głęboko dotknięci i zawstydzeni.
Przygnębiające wrażenie, jakie ta wiadomość na nich wywarła, pogłębiłem jeszcze, dodając:
— Co mam uczynić z całem tem plugastwem, które schwytałem i jeszcze schwytam? Zgładzić je z oblicza ziemi, jak mi to nakazuje wzgląd na dobro ludzkości? Jako łowcy niewolników należycie do innego wprawdzie sędziego ale i przeciwko mnie zawiniliście srodze, ponieważ chcieliście struć mego towarzysza; prawo pustyni naznacza wam za to śmierć. Przygotujcie się na nią, bo już tylko kilka chwil żyć będziecie. Uporam się z wami prędko.
— Jesteśmy poddanymi kedywa, a ty jako cudzoziemiec nie masz żadnego prawa do nas!
— Wy postępujecie wbrew prawom kedywa, więc nie uznajecie go za pana i panującego, a wobec tego należy postępować z wami

35