Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wasi są już blisko. Niech was nie przestraszy głos walki, i, jeśli strzały i krzyki posłyszycie, proszę was, żebyście z namiotu nie wychodziły; to ułatw i bardzo moim ludziom zadanie.
— Dzięki Allahowi! Już się nad nami zbóje znęcać nie będą!
Zapytałem jeszcze, gdzie przechowują pochodnie, i dowiedziałem się, że dwie lub trzy znajdę tu w namiocie. Kazałem je sobie podać, poczem pożegnałem Marbę i wyszedłem z namiotu, przecisnąwszy się pomiędzy śpiącymi, wróciłem do porucznika.
Dałem mu odpowiednie polecenia, poczem odszedł ze swymi ludźmi, żeby zająć opisane już stanowisko. Ja z Ben Nilem i żołnierzami, pilnującymi jeńców, pozostałem na miejscu.
Znajdowaliśmy się za tak nagłym skrętem wadi, że z obozu niepodobna było nas zobaczyć, nawet gdyby płonęło ognisko. To też zazalilem pochodnię, by się przypatrzyć pojmanym. Kazałem im wyjąć z ust kneble, dobyłem noża i powiedziałem:
— Macie być cicho. Kto krzyknie, dostanie nożem! Możecie do mnie mówić, ale tylko półgłosem.
Przypatrywali mi się tępym wzrokiem, bo nie spodziewali się zastać mnie tutaj. Nie wiedzieli jeszcze, kto ich powalił.
— Tyż to jesteś, ty? — wybuchnął Ben Kazawi. — Nie pojmuję, skąd ci do głowy przy-

29