Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale ja jestem chrześcijaninem. Czy wolno ci inowiercę nazywać dobrym?
— Czemu nie? Fassarowie nie są tak zatwardziałymi mahometanami, jak sądzisz. Już kilka razy gościli u nas Frankowie chrześcijanie, a wszyscy byli bardzo mądrzy i dobrzy. Ci natomiast, którzy nas porwali, są mahometanami. I cóż ty na to powiesz?
— Chrześcijańska religia nie pozwala na niewolnictwo. Chrześcijanin jest synem wiecznej cierpliwości, łagodności, uprzejmości i miłosierdzia. Was, zresztą, nietylko porwano ale i bito.
Milczała, tylko lekkie zgrzytanie zębami powiedziało mi, co się w duszy jej działo.
— Ukarzę za to Ben Kazawiego i jego towarzyszy — mówiłem dalej. — Oni nam z pewnością nie ujdą, a nawet Ibn Asl dostanie się w nasze ręce.
— Jeżeli i tego łotra chcesz pojmać, musisz tutaj zaczekać, gdyż on został z kilku ludźmi koło Bir Murat, ażeby napaść na ciebie z zasadzki.
— Słyszałem, że przybędzie tu dzisiaj, a wtedy go przyjmę.
— Ale mniej się na baczności przed Libbanem!
— Kto to jest Libban?
— Dawny żołnierz, który przez długi czas przebywał w Sudanie i nauczył się tam z łuku

27