Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie powinieneś był tak lekkomyślnie postąpić.
— Dlaczego? Czy może niedość dwu ludzi przy wielbłądach?
— Pewnie, ale mnie teraz nie o wielbłądy chodzi, bo one i tak nie uciekną, choćbyśmy przy nich dozorców nie pozostawili; obawiam się jednak o jeńców.
— Nie bój się, effendi, bo Selim jest przy nich. Wiem, że czasami popełnia głupstwa, i dlatego nie wziąłem go ze sobą. On mógłby wszystko popsuć.
— Tak! Z powodu jego lekkomyślności nie zabrałeś go ze sobą, a powierzyłeś mu najważniejszych jeńców Czy to było rozsądne? Stało się jednak i odmienić tego już niepodobna, gdyż nie mamy czasu do stracenia. Słuchajcie więc!
Otoczyli mnie kołem, a ja mówiłem dalej!
— Ci dwaj jeńcy, których tu widzicie leżących, są skrępowani i zakneblowani. Utracili teraz przytomność, lecz wkrótce przyjdą do siebie. Jeden z was zostanie tutaj i będzie ich pilnował. Daję mu pozwolenie przebicia ich nożem, gdyby się tylko który z nich próbował wyzwolić z więzów. Obóz zaajduje się stąd o niecałe pięćset kroków. Muszę go wam opisać. Zaraz za studnią, tuż pod skałą, złożyli łowcy niewolników wszystkie swoje strzelby, co z ich strony było bardzo głupie, a z czego my

19