Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mię. Złożyłem wtedy ręce dłońmi do siebie, przyłożyłem je do ust i zapiszczałem półgłosem, a mimo to tak, że było słychać daleko „krrraaaaerry“. Brzmiało to zupełnie tak, jak głos sępa napół zbudzonego ze snu. Był to znak dla porucznika i starego onbasziego, ażeby zeszli nadół. Sam tymczasem uklęknąłem, ażeby przeciwnikom usta zakneblować ich własnemi chustkami i skrępować im ręce. Właśnie kiedy się z tem uporałem, posłyszałem szelest piasku za sobą. Odwróciłem się i spostrzegłem postać, czołgającą się bardzo ostrożnie. Prawdopodobnie był to Ben Nil, ale jako człowiek ostrożny wolałem się upewnić, bo mógł to być także kto inny. To też poskoczyłem ku niemu, chwyciłem go lewą ręką za gardło, a prawą obmacałem jego odzież, by się dowiedzieć, kogo mam przed sobą. Był to istotnie Ben Nil. Usiłował wydostać się z pode mnie, ale przycisnąłem go silniej do ziemi z obawy, żeby nie wydał głośniejszego okrzyku, potem dałem mu zaczerpnąć trochę powietrza i szepnąłem do ucha:
— To ja. Bądź cicho!
Natychmiast przestał się bronić, co wziąłem za znak, że mnie zrozumiał, i rękę mu od gardła odjąłem. Chcąc się stanowczo upewnić Co do tożsamości osoby, przesunąłem jeszcze ręką po jego twarzy i głowie, poczem puściłem go całkiem i zapytałem:

16