Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ja była tylko o dwa łokcie od nich oddalona. Rozmawiali szeptem; chcąc ich przeto podsłuchać, musiałem położyć się przed nimi. Było to bardzo niebezpieczne, ufałem jednak szczęściu i ciemności, a przedewszystkiem podobieństwu barwy mojego ubrania do barwy otoczenia. Gdyby mnie mimo to spostrzegli, kto wie, na czemby się cała awantura skończyła.
Nieliczne, dosłyszalne z ich rozmowy słowa pozwoliły mi się domyśleć, nad czem się naradzali. Mówili najpierw o mnie, a Syn Okrucieństwa rzekł:
— Trąciłem cię, ażebyś szedł za mną, gdyż musimy być bardzo ostrożni. Co ty myślisz o Saduku el baija?
— To wcale niezwykły człowiek — odrzekł brzydal. — Burmistrzem takiego miasta, jak Dimiat, m oże być tylko człowiek, który się bardzo odznaczył. A to, że nazywają go Ojcem Zgrozy, dowodzi, że musi z podwładnymi obchodzić się surowo.
— Wszyscy tacy urzędnicy są surowi dla swoich podwładnych, ale sami niewiele o prawa się troszczą. Ten burmistrz handluje przecież niewolnikami, choć wie, że to jest rzecz zabroniona. To zresztą sprawa zupełnie dla mnie obojętna. Zauważyłem jednak coś ciekawszego. Ten człowiek jest wprawdzie urzędnikiem cywilnym, ale musiał być przedtem oficerem. Świadczy o tem całe jego zachowanie się wobec nas.

11