Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zgubiony. Mój szczep zniszczyłby was bez litości!...
— Co? ten człowiek śmie ci grozić, effendi? — zawołał Ben Nil, który zbliżył się i posłyszał ostatnie zdanie dżelabiego. — Pozwól, a zaknebluję mu pysk!
— Możesz, pozwalam.
Ben Nil obrócił jeńca do góry plecyma i odpiął od pasa bat. Odwróciłam się, nie chcąc być świadkiem niemiłej egzekucji. Słuch tylko dał mi pewne wyobrażenie, jaką rozkosz miał Ben Nil, ćwicząc śmiertelnego swego wroga.
Podczas tego rozkazałem żołnierzom, aby poprowadzili jeńców i ich wielbłądy nad studnię. Rozkaz został wkrótce wykonany; sprawdzono również nasze wielbłądy.
Miejsca koło studni było dosyć, bo naokoło uprzątnięto staranie drzewa i krzaki w celu wygodnego urządzenia obozowiska, Było też poddostatkiem wody. Żołnierzom więc nie zbywało na humorze, gdyż obłowili się znakomicie. Na każdego z nich przypadła zdobycz w broni, żywności, mienie trzech jeńców i wielbłądów. Ja, oczywiście, nie tknąłem niczego, a Ben Nil mimo całej swojej nędzoty. poszedł za moim przykładem. Gdy go spytałem o powód tej wspaniałomyślnej skromności, odpowiedział:
— A czemu ty effendi nie wziąłeś niczego? Chcesz, żeby żołnierze mieli więcej, czy

126